Turecka odpowiedź na inflację?

W minionym tygodniu miałem przyjemność odwiedzić Turcję, a przy okazji zapoznać się, choć pobieżnie z sytuacją na lokalnym rynku nieruchomości. W tekstach pisanych zdarzają się odniesienia do Turcji podczas dyskusji o rosnącej inflacji, ale czy i podczas rozmów o nieruchomościach można wyciągać analogie na podstawie sytuacji obu krajów?

Zacznijmy od kilku podstawowych faktów. Do niedawna Turcja była dość zamkniętym krajem i zakup nieruchomości na ich terenie wiązał się z pewnymi przeszkodami dla obcokrajowców. To popularne rozwiązanie wśród krajów o słabszej gospodarce, które boją się wykupu swoich nieruchomości. Za rodzimy przykład nie posłuży nasza ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego, która w założeniu miała chronić polską ziemię przez zagranicznym kapitałem. Tutaj widać pewne podobieństwa.

Drugim podobieństwem będzie silna inflacja. Co prawda turecka lira straciła w ciągu ubiegłego roku prawie połowę swojej wartości, co jest wyjątkowo niepokojącym wynikiem, jednak i nasza inflacja nieubłaganie zbliża do dwucyfrowej, a stad już tylko o krok do obniżek ratingów i dalszych komplikacji na rynkach finansowym, a w ślad za nim i nieruchomościowym.

Częściowym podobieństwem można nazwać ład (w tych przypadkach dobitniej mówiąc nieład) przestrzenny. Zabudowa naszych miast nie należy do dobrze zorganizowanej i widać w niej brak konsekwencji, jednak dopiero widok gigantycznych centrów handlowych, czy olbrzymich budynków mieszkalnych aspirujących do klasy premium tuż w sąsiedztwie zaniedbanych domostw w Stanbule, przy braku wydolnej komunikacji i wiecznych korkach mimo wielopasmowych ulic daje poważnie do myślenia. Tam już wyraźnie widać problemy, na które my nadal pracujemy. Różnicą jest to, że koszt ewentualnych zmian w sposobie myślenia i projektowania będzie o wiele mniejszy dla nas w przypadku dowolnej z aglomeracji, niż dla dwudziestomilionowego Stanbułu.

Jako wyraźna różnica rzuca mi się w oczy skala niedokończonych projektów. U nas trzeba mieć dobre rozeznanie w terenie, aby móc takie porażki inwestorów wskazać na mapie. W Stanbule wystarczy podróż pomiędzy lotniskiem a centalnymi dzielnicami, aby wypatrzeć kilka porzuconych budów, oraz kilka już gotowych budynków o wyjątkowo dużym rozmachu, lecz już nadszarpniętych przez czas stania bez ich docelowych użytkowników.

Obrazki jak te opisane powyżej na pewno nie są chluba miasta, jednak władze zdają się mieć pomysł na zażegnanie obecnych problemów. Sposobem tym jest silne otwarcie na zakupy nieruchomości dokonywane przez obcokrajowców. Wedle informacji uzyskanych przez mnie od przedstawicieli Property Expo Istanbul wystarczy inwestycja w wysokości 250 000 dolarów, aby przy okazji zakupu nieruchomości otrzymać również tureckie obywatelstwo. Klientami w chwili obecnej są głównie Irańczycy, Irakijczycy i Rosjanie, ale nie brakuje i innych narodowości.

Rok jeszcze się nie skończył, a dane Tureckiego Instytutu Statystycznego już wskazują na blisko 40% wzrost sprzedaży nieruchomości w ręce obcokrajowców. Zakupy obywateli napędzane są z kolej przez tanie kredyty.

Czy to działa? Na razie chyba za wcześnie na wiążące oceny. Mnie zastanawia wyjątkowo duże zaangażowania władz rządowych w rynek nieruchomości. Przedstawiciele Property Expo Istanbul wprost stwierdzili, że proponowane przez nich inwestycje muszą być bezpieczne, gdyż aż 90% spośród nich to inwestycje rządowe. Wrodzony sceptycyzm jak i znajomość wyników rodzimych projektów nieruchomościowych jak Mieszkanie + sugerują mi daleko idącą ostrożność. Tutaj różnic nie widzę, gdyż duże zaangażowanie rządu nigdy nie było i nie jest dobre dla biznesu. Bez względu na to, czy to biznes nasz, czy też Turecki.

Czy takie rozwiązanie sprawdziło by się u nas? Nie sądzę. Wszak nasze nieruchomości nie należą już do tych najtańszych w regionie, więc ratowanie gospodarki wyprzedażami raczej nam nie pomoże.

Leave a Reply