„Więcej” wcale nie znaczy „lepiej”

Młode małżeństwo ochłonęło już po miodowym miesiącu i zabiera się za wicie wspólnego gniazdka. Pierwszym etapem zapewne będzie poszukanie własnego kąta. Jeśli stać ich na zakup mieszkania, lub posiadają odpowiednią zdolność kredytową, na pewno zaczną rozglądać się za wymarzoną nieruchomością. Standardowym źródłem informacji o ofertach sprzedaży są portale ogłoszeniowe oraz prasa. Po sprecyzowaniu kryteriów poszukiwania wystarczy zadzwonić do wybranych ogłoszeniodawców. Teoria jest prosta, lecz praktyka uczy, że schody dopiero się zaczynają. Szybko okazuje się, że wszystkie te mieszkania są do siebie jakoś dziwnie podobne. Po wykonaniu kilku telefonów można nabrać podejrzeń, że cały czas mowa jest o tych samych dwóch-trzech nieruchomościach. Tylko dlaczego znaleźliśmy ponad piętnaście różnych ogłoszeń?

Jest to efekt wytężonej pracy pośredników nastawionych na zbudowanie jak największej bazy ofert. Starają się przyjąć „pod swoje skrzydła” każdą nieruchomość jaka tylko znajduje się na rynku, a właściciele w myśl zasady, że „więcej” znaczy „lepiej” chętnie godzą się na podpisywanie kolejnych umów. W prasie oraz w internecie pojawiają się co raz to nowsze klony ogłoszeń od właścicieli oraz agencji, a młode małżeństwo powoli dostaje oczopląsu. Cena wybranego mieszkania w każdym ogłoszeniu ma inną wysokość, w jednym ma nawet powierzchnię zawyżoną o metraż piwnicy, a właściciele dodatkowo obiecują, że na swój koszt pomalują ściany nowym nabywcom. I komu tu teraz wierzyć? W jednym z ogłoszeń autor opisu twierdził przecież, że mieszkanie jest w stanie do wprowadzenia od zaraz. Zdjęcia co prawda tego nie potwierdziły, bo wyeksponowana była jedynie stara meblościanka.

Skoro ogłoszenia nie są precyzyjne sprawdźmy swoje oczekiwania w praktyce – małżeństwo decyduje się na prezentację oferty. Małżonka umawia się z pośrednikiem, a po oględzinach zdaje relację mężowi. Okazuje się, że mieszkanko nie jest w najgorszym stanie, ma założoną księgę wieczystą, a i cena nie jest wygórowana. Pośrednik nie znał szczegółów dotyczących oferty, gdyż jak stwierdził „ma za dużo na głowie”. Mimo to już podczas spotkania małżonka deklaruje chęć zakupu. Małżonek był już umówiony na obejrzenie tego mieszkanka z właścicielem, więc aby nie odwoływać spotkania, oraz przekonany pozytywnymi opiniami żony, również decyduje się je obejrzeć. Już w lokalu słyszy, że nie ma dla niego założonej księgi wieczystej. Właściciel zapomniał o zapaleniu oświetlenia, więc i mieszkanko wygląda bardziej ponuro niż podczas prezentacji pośrednika. Wychodząc z mieszkania słyszy deklarację właściciela: -Jedna Pani już się tutaj zdecydowała ale to przez agencję. Jak Pan chce to ja trochę taniej nawet sprzedam to będzie na tą księgę wieczystą.

Czara goryczy się przelała. Mąż traci zaufanie do właściciela, małżonka do pośrednika. Do transakcji oczywiście nie dochodzi.

Opisana historia jest często powtarzającym się scenariuszem. Zarówno wśród opowieści klientów o swoich nieudanych poszukiwaniach, jak i wśród relacji od właścicieli. Jest to dla nas główny powód dla którego promujemy zasadę: jedna nieruchomość = jeden pośrednik. Jedynie w ten sposób jesteśmy w stanie w pełni kontrolować wszystkie działania marketingowe oraz dbać o ich efekty.

Chętnych do przeprowadzenia skutecznej transakcji kupna-sprzedaży zapraszamy do kontaktu.